Kupa, kupa, kupa…

Temat kupy nierozerwalnie związany jest  z macierzyństwem i wczesnym dzieciństwem, siłą rzeczy więc będzie pojawiał  się dość często.

 

U nas, w końcu, po 3 miesiącach ciągłych kup, których ilości nie dało się określić kupy stały się rzadsze (i nie chodzi tu bynajmniej o ich konsystencję ;-) ).

 

Początkowo nie byłam w stanie nawet precyzyjnie podać ich dziennej liczby. Ledwie bowiem skończyła się jedna kupa a już zaczynała się kolejna. Problem polegał więc na stworzeniu odpowiednich ram czasowych dla kupy i jej częstotliwości . Po 12 tygodniach życia kupy stały się zjawiskiem występującym kilka razy dziennie w obserwowalnych odstępach czasu. Co nie oznaczało jednocześnie ich regularności. Aż  w końcu osiągnęliśmy względnie stałą liczbę kup w ilości 2 dziennie. I niby problem się rozwiązał…

 

Otóż obecnie weszliśmy na kolejny „kupowy level” – pojawiły się tzw. „kupy po pachy”.

„Kupa po pachy” zadziwiły ostatnio drogiego małżonka, który ze względu na rzadsze występowanie kupy i rzadsze występowanie małżonka w roli  radzącego sobie z kupą ma z nimi zdecydowanie mniejszą styczność.

Kupę taką należy bowiem zneutralizować natychmiast po jej pojawieniu się, inaczej rozprzestrzenia się nie tylko po przysłowiowe pachy. Kupa taka ma właściwość pojawiania w całym otoczeniu  i w najmniej sprzyjających warunkach. Trudno ja również zaobserwować. Epoka sygnałów wskazujących na nadejście kupy chwilowo (a może na stałe) się skończyła. Trzeba więc być czujnym i przebiegłym aby kupę zatrzymać w ryzach zanim będzie za późno.

Jak, niech się martwią rodzice, bobas ma z kupy kupę śmiechu.

 

Dla bardziej merytorycznych zapraszam jutro na atlas kupek.

Categories
blog  
Tags